JAPONIA

Japonia motocyklem

Czekałam na tę podróż długo. Chociaż gdyby ktoś, kiedyś zapytał o moje podróżnicze marzenie, nie powiedziałabym, że jest nim Japonia. Ale po przejechaniu zaledwie 3000 km, na jednej z niemal 3000 tysięcy japońskich wysp, moim podróżniczym marzeniem jest to, aby tam wracać.

Ruch lewostronny, znaki i symbole, które nie mam pojęcia co znaczą i Tracer 900. Dużo nowego trochę mnie stresuje. Na szczęście pogoda mi sprzyja. Słoneczny dzień, błękitne niebo. Tylko w jednym punkcie kłęby chmur. Domyślam się, że wśród nich schowany jest mój cel pierwszego dnia podróży – góra Fudżi. Jeszcze kilka godzin jazdy. Mam nadzieję, że kiedy dojadę do Yamanakako, pogoda, tak jak japońska etykieta nakazuje, będzie dla mnie bardziej życzliwa. Nic z tego. Późnym popołudniem patrzę w kierunku, gdzie lekko widać zarys najsłynniejszej góry świata. I co z tego, że jest idealna, skoro jej nie widzę! Przechodzące obok Japonki zatrzymują się i wyrażają żal, że nie dane mi jest dostąpienie zaszczytu podziwiania świętej góry. Na pocieszenie wyciągają telefony i pokazują – tak pięknie wyglądała dzisiaj rano. – Arigato! –  kłaniam się w pół dziękując, że mogę ją zobaczyć ….na ekranie smartfona. W środku, już nie po japońsku jestem wściekła. Odpalam Tracera. W tym momencie chmury się rozstępują i wyłania się czubek idealnego kształtu. W euforii zapominam o przepisach i o tym, że jeszcze przed chwilą niepewnie czułam się na nowym, większym motocyklu. Miejsce idealne do zdjęcia samo się znajduje. Przez moment tylko myślę z przerażeniem, że nie wiem jak z niego wyjadę.

Jeśli fascynują Ciebie takie wyprawy, masz pomysł na kolejną lub nie wiesz od czego zacząć zapraszam do kontaktu!
Chętnie zorganizuję podróż dla Ciebie lub grupy z którą jeździsz!

Tracer w opiece Fuji-san

Od 5 rano jestem gotowa na ponowne spotkanie z Fudżi. Tym razem sama zagląda mi do okna. Ubieram się ciepło i idę nad jezioro. Idealny kształt, odbija się w idealnie gładkiej tafli wody jeziora Yamanaka. Na ten moment czeka kilku zapaleńców – kubki z kawą, krzesła turystyczne, profesjonalny sprzęt fotograficzny, wszystkie obiektywy wycelowane w jednym kierunku. Przed dalszą drogą jeszcze raz zabieram Tracera na spotkanie z Fudzi. Jeżdżę nim dookoła, chcąc jak najdłużej móc na nią patrzeć. Zaczynam rozumieć fascynację  tym miejscem i nadawanie mu świętej mocy. Widok Fudżi hipnotyzuje. Chciałabym napatrzeć się na nią na zapas – kto wie, czy jeszcze kiedyś na nią spojrzę. W końcu jadę dalej. Po kilkudziesięciu kilometrach, kiedy myślami jestem już bliżej tego będzie niż tego co było, w lusterku dostrzegam ośnieżony szczyt.  Fuji-san nadal ma mnie na oku. To dobry znak.

W końcu wyjeżdżam z zasięgu wzorku Pani Fuji ale cały czas czuję, że towarzyszy mi jej moc. Jadę na północ. Z Tracerem coraz lepiej się dogaduję co daje mi coraz większość radość z podróży. Mniej koncentruję się na motocyklu, bardziej na tym co dzieje się dookoła. Dolina Kiso biegnie u podnóży Centralnych Alp Japońskich. Jadę przez masywne góry i rozrzucone u ich podnóży wioski, krętą drogą wzdłuż rzeki. W epoce Edo, przez te rejony prowadził ważny szlak handlowy. Klimat odległych czasów zachował się w miastach pocztowych Tsumago, Magore i Narai, w których i współcześni podróżnicy znajdą odpoczynek. Soczysta zieleń, kwiaty w przydomowych ogródkach i kwitnące wiśnie. O 17.00 słyszę przyjemną muzykę. To goji no chaimu- dzwonek o 5 po południu. To dla Japończyków znak, że kolejny dzień mija bezpiecznie i pora wracać do domów.

Żaba w portfelu, kasza w poduszce

Nawigacja prowadzi w góry. Im wyżej, tym bardziej wąsko, kręto i stromo. Pośrodku pustki, daleko od wszystkiego, widać światło w oknie. To mój jednogwiazdkowy hostel z dachem z tysięcy gwiazd. Mimo górskiej wysokości, słychać głośny rechot żab. Słowa „żaba” oraz „wracać do domu” brzmią identycznie. Japończycy często noszą małą figurkę żaby w portfelu, aby zapewnić sobie pomyślność i szybki powrót pieniędzy do domu. Mam już „dziurawą” – pięcio-jenówkę na szczęście, ale zapamiętuję, żeby najbliższej okazji dorzucić do niej żabę. Nocleg w górskim hostelu to pierwsza noc na tradycyjnej macie tatami i materacu futon. W poduszce coś sypkiego – nasiona gryki. Dla zachowania równowagi ciała – zimna głowa, ciepłe stopy. Z tą równowagą śpi mi się idealnie. Budzę się wyspana. Na śniadanie ryż, zupa miso, natto – sfermentowana soya i zielona herbata – typowe, proste japońskie smaki, które coraz bardziej zaczynają mi smakować.

Niepokorny jeździec z Hamamtsu

Japońskie drogi uczą mnie cierpliwości i opanowania. 50 km na godzinę i ani trochę więcej. Czekam na motocyklistów. Mam nadzieję, że Oni, choć trochę wyłamują się z tego porządku. Spokojnie i z wdziękiem przesuwam się do przodu między sunącymi przepisowo samochodami. W końcu doganiam kilka motocykli. Dołączam do nich ciesząc się, że w grupie wyprzedza się raźniej. I czekam. I nic się nie zmienia. Wszyscy jadą 50 km/h, mimo, że okazji do wyprzedzenia nie brakuje. Po 20 minutach nie wytrzymuję. W geście pożegnania podnoszę lewą rękę i w zabieram się za wyprzedzanie. Po pół godzinie spotykamy się na stacji benzynowej, bo nadrobiony na wyprzedzaniu czas poświęcam na zwiedzanie straganów z lokalnymi smakołykami. Nietrudno mnie rozpoznać. Kilka grzecznościowych słów i wzajemne zachwyt nad motocyklami. Motocykliści patrzą na tablice Tracera, patrzą po sobie i kiwają głowami – uuuu, Hamamatsu. To brzmi jak wytłumaczenie i rozgrzeszenie mojej drogowej fantazji. Hamamatsu to miejsce kultowe – mekka japońskich motocyklistów. Fabryki branżowe, pasjonaci, kluby. Skoro jestem stamtąd, to jestem kimś – to tłumaczy, że jadę szybciej od innych. I w ten sposób zostaję niepokornym jeźdźcem z Hamamatsu.

Tankowanie i ucztowanie

Każdego dnia delektuję się tą podróżą. Zachwycam widokami i jedzeniem. Szybko odkrywam, że stacje benzynowe to doskonałe miejsce do poznania japońskiej kuchni i smaków. Japończycy kochają jeść zdrowo i różnorodnie nawet w podróży a kuchnia japońska to nie tylko sushi. W lodówkach odkrywam Onigiri – ryżowe trójkąty zawinięte w płaty nori. Do tego zawsze dobieram coś, co nie wiem czym jest, ale wygląda ciekawie. Po otwarciu okazuje się najczęściej, że jest to wariacja na temat glonów lub kiszonek. Taki zestaw uznaję za wersję fast food jedzoną oczywiście pałeczkami. Większość stacji benzynowych przypomina mini targi spożywcze. Na stolikach poukładane lokalne specjały – od wytrawnych po słodkie. Wśród tych ostatnich królują miękkie ciasteczka – mochi. Restauracje serwują niezliczone ilości dań. Rozmaite rodzaje Ramen, Udon – na ciepło, zimno, z warzywami, wieprzowiną, tofu. W menu zawsze znajdzie się japońskie curry i tempura – smażone na głębokim tłuszczu warzywa, owoce morza. Złożenie zamówienia jest proste. Wciskam odpowiedni guzik w automacie – apetyczne zdjęcia potraw ułatwiają wybór, wrzucam podaną ilość jenów, siadam przy stoliku i czekam aż z okienka wyjrzy uśmiechnięta głowa z dużą miską. Wtedy dopiero okazuje się co zamówiłam! Nieraz zaglądam do talerzy, nad którymi już pochylają się jedzący i pytam co zamówili. Każdy z przekonaniem poleca swój wybór. Tylko raz pudłuję – po zjedzeniu miski rzadko spotykanego rodzaju glonów wymieszanych z surowym jajkiem, sam widok wszystkiego co zielone, przez kilka dni wywołuje mdłości.  Itadakimasu – smacznego!

Szaleństwa na plaży

Szaleństwo po japońsku? Miałam na nie swój plan – jazdę po plaży nad morzem japońskim. Chirihama Beach – to właśnie tu. Zanim ruszę przed siebie, po twardym piasku, obserwuję, kto i w jakim stylu pokonuje piaskowy dywan. Biorę głęboki wdech, obawy wrzucam do morza japońskiego i ruszam. Pierwszy, drugi, trzeci, czwarty bieg. Szybciej się boję, ale nawet przy tej prędkości czuję radość. Przede mną 8 kilometrów szerokiej plaży czyli 8 km wolności. Głodnych tego uczucia jest więcej. Motocykliści, kierowcy samochodów, rowerzyści. Samotni jeźdźcy, całe rodziny, zakochane pary. Chirihama to jedna z najsłynniejszych, japońskich dróg, dlatego w weekend panuje tu spory ruch. Z podziwem patrzę, jak Japońscy kierowcy, nawet w takim miejscu, zachowują spokój a samochody jeden za drugim, suną wzdłuż brzegu.  Natomiast mnie, nic nie jest w stanie zatrzymać! Chyba, że…owoce morza! W jednej z niepozorne budek ustawionych na plaży zjadam Yaki Hamaguri – świeżo złowione, grillowane małże. Korzystam jak potrafię z przyjemności, które przynosi mi ten dzień. Nowe wrażenia, nowe smaki, wyluzowani i otwarci ludzie. Nieraz Oni zagadują mnie, nieraz ja, wychodzę z inicjatywą. Poznaję kilka rodzin, grupę fanów Land Cruizerów, motocyklistów, którzy chcą uczyć mnie enduro, bo właśnie ruszają w górzyste tereny Noto. Jadę wybrzeżem Okunoto. Nad Morzem Japońskim powoli zachodzi słońce. W jego świetle mienią się tarasy ryżowe położone na wzgórzach schodzących do morza. To Senmaida – „Tysiąc ryżowych pól”.  Gotowa jestem je policzyć, aby tylko móc tu wrócić.

Japońskie „hepi berzdej”

I przyszedł maj. Jadę spokojnie i trochę nostalgicznie – moje urodziny przypadają właśnie dzisiaj. Nadal budzi się we mnie „niepokorny jeździec z Hamamatsu” ale nie za często. Przekonałam się już, jak głupio się czuję, kiedy najpierw wszystkich powyprzedzam, a potem wszyscy wyprzedzają mnie bo nagle zatrzymuję się, widząc coś, czemu chcę zrobić zdjęcie. Tym razem zatrzymują mnie wielkie, kolorowe ryby trzepoczące na wietrze.  To Koino-bori – karpie wieszane w maju na domach i nad rzekami z okazji dnia chłopca. Japońscy rodzice chcą, aby silne i wytrwałe ryby były wzorem dla ich synów. Stawiam Tracera pod karpiami, nie widząc, że jest to środek czyjegoś podwórka. Po kilku minutach, w rozsuniętych drzwiach pojawią się głowy i zaproszenie… na spotkanie seniorów! Gry towarzyskie, gimnastyka i wspólny posiłek.  12 wiekowych dam bierze mnie w ogień krzyżowy pytań o podróż, stan cywilny, dzieci i wiek. I jest urodzinowe „Happy Birthday”z japońskim akcentem i niespodzianki i „rodzinna” fotografia. A ja śmieję się przez łzy, bo przez przypadek zrobiłam z czyjegoś obiadu, swoje urodzinowe przyjęcie! Niełatwo wyjeżdżać z takiej imprezy ale jeszcze 140 km dzieli mnie od urodzinowego prezentu, który sobie zaplanowałam. Coś dla duszy i ciała czyli wizyta w onsenie – słynnych, gorących źródłach. To nieodzowny element japońskiej kultury. Każda dzielnica, miasto, wioska ma swój onsen. Kąpiel w gorących źródłach ma nie tylko wartość zdrowotną, ale i społeczną. Wybieram Kustasu Onsen – jeden z najsłynniejszych kurortów Honsiu. Panie w swoim, Panowie w swoim gronie, w specjalnie wydzielonych strefach. Jakiekolwiek stroje absolutnie zakazane. No, chyba że ręcznik na głowie. Nieznajomość onsenowego savoir-vivre wywołują we mnie nieśmiałość ale Japonki szybko pomagają mi ją przełamać. I nagle siedzę goła, w 40 stopniowym baseniku a trzy kobiety, w wieku mojej babci śpiewają mi Happy Birthday ! Omedetoo-gozaimasu!

50 kg ciastko i zawody strongmenów

Spokój Japończyków ma na mnie dobry wpływ. Mimo, że nadal jestem bardziej impulsywna niż otoczenie to i tak wyhamowałam. I siebie i Tracera. Hedonistyczne przyjemności – jedzenie i wizyty w onsenach oczyszczając ciało, oczyszczają również umysł. Najwyższa pora wzbogacić tę podróż o element duchowy. Jadę do Hiraizumi – niezwykłych świątyń i ogrodów odtwarzających obraz idealnego świata w wyobrażeniach buddyjskich z typowymi dla Japonii elementami. Szukając harmonii, znajduję informację o zawodach strongmenów, organizowanych ku czci Benkei – słynącego z męstwa, siły i lojalności mnicha – wojownika. Nieraz utożsamiałam się z lokalnymi bohaterami uznając to za dobry sposób zrozumienia innej kultury. Tym razem zrozumienie wymaga wysiłku. Muszę przenieść Mochi – ryżowe ciastko przywiązane do drewnianej tacy o wadze 50 kg!  Kilku mężczyzn ściska mnie w pasie kawałkiem taśmy – na wdechu dociskają mocniej. Jak w rytuałach zawodników sumo posypuję kolana solą – to symboliczna ochrona przed urazami i oczyszczenie przed walką. Przerażona i przejęta, łapię za 50 kg odważnik i …idę do przodu. Wielkie mochi zasłania mi drogę. Słyszę tylko brawa i okrzyki zachęcające abym się nie poddawała. Po 60 metrach rzucam słodki ciężar na asfalt. Uff, już po wszystkim. Czas na gratulacje, wywiady i dyplom z wizerunkiem bohaterskiego Benkei, które przyjmuję z satysfakcją czując, że kiedy znajduje się harmonię, znajduje się siłę.

Powrót

Przez deszcz i resztki śniegu drogi prowadzą mnie na północ Honsiu.  Tu dojeżdżają nieliczni. Wybrzeże regionu Tohoku, w które, w 2011 uderzyło Tsunami nadal przypomina plac budowy.  Mimo wielkiej tragedii ludzie i tu mają w oczach spokój choć na pewno więcej w nich smutku. Mijam cmentarze, niezwykłe miejsca  upamiętniające lokalnych bohaterów. W Kamaiashi wspinam się na posąg Daikannon stojący przy wejściu do portu nad brzegiem oceanu. Skoro ma w opiece  rybaków, proszę o opiekę nad sobą. Zawieszam ofuda – tabliczkę z życzeniem, znajduję amulet omamori – za bezpieczeństwo na drodze. Losuję wróżbę – może kiedyś ją odczytam. Do świętego Krzysztofa dorzucam Siedmiu Bogów Szczęścia i kota Maneki-neko. To symbole, w których zatrzymałam Japonię, choć jest to według mnie kraj nie uchwytny.

AKTUALNOŚCI / CZYTAJ WSZYSTKIE →

Szlak zabytków techniki

W 2022 roku Polskie Zachwyty Motocyklowe wyruszą na Szlak Zabytków Techniki województwa śląskiego. To bez wątpienia najbardziej interesująca trasa turystyki industrialnej w Polsce.
|

Kobiety na 6 biegu

Miłe Panie - to wyjazd, który wspólnie Polskim Związkiem Motorowym oraz z Zespołem Kobiet PZM, przygotowałam z myślą o Was i tylko dla Was. Z szaloną radością, zapraszam do wspólnego spędzenia czasu.
|

Dlaczego to robię?

Najpierw była Chorwacja. Potem Afryka, Japonia, Australia. Dlaczego to robię? Dlaczego podróżuję na motocyklu
|

Anna Jackowska-Pluta / Kobieta na motocyklu
|
+48 604 755 666
wyprawa@aniajackowska.pl

© 2022 by Anna Jackowska – Created by S+R
All Rights Reserved